BRUKSELA 02-03.12 – OCZAMI RAFAŁA

Pierwsza wspólna podróż, a już mamy mnóstwo wspaniałych wspomnień, które przez długi czas będą przypominać nam o niezwykłych chwilach spędzonych w Brukseli. Stolica nie tylko Belgii, ale również Unii Europejskiej – chyba nigdy nie zrozumiem dlaczego właśnie to miasto jest siedzibą ważnych instytucji tej organizacji, ale koniec nudnego wstępu. Zaczynajmy…

Jest listopad, decydujemy się na wspólny wyjazd – ale gdzie? Wiadomo, mnóstwo możliwości… Paryż, Barcelona, wydaję mi się, że Rzym też się gdzieś przewinął podczas naszej burzy mózgów… Z tego co pamiętam, w końcu byliśmy już nastawieni na Paryż, lecz mimo wszystko troszkę drogo to wszystko wychodziło… W tym momencie odnalazłem na stronie tanich linii lotniczych ciekawą opcję, a mianowicie wpisuje się lotnisko wylotu i system generuje wszystkie możliwe destynacje posortowane cenowo – genialne – pierwsza podróż, więc coś z najtańszej półki, wybór padł na stolicę Belgii (cena kilka razy mniejsza od Paryża), od razu zadałem Sarze pytanie, czy Bruksela jest ładna? Niestety nie wiedziała o tym mieście zbyt dużo… Jak ja. Jednakże cena biletu i informacje o tym mieście nabyte podczas lekcji wiedzy o społeczeństwie sprawiły, że 30 minut potem mieliśmy już zakupione bilety – to pierwszy, najważniejszy i w sumie najłatwiejszy krok podczas planowania podróży – potem zaczyna się robić o wiele ciekawiej…

– „Przecież to lotnisko jest tak daleko od centrum miasta, ciekawe ile kosztuję transfer spod samego lotniska do stolicy Belgii…” – myślałem tuż po zakupie biletów na samolot. Od razu przeczesałem forum i znalazłem opcję ‚autobus za 5 euro’ – poczułem ulgę, wszedłem na stronę przewoźnika, rezerwuję bilety i…cena za 2 bilety w 2 strony – 56 euro. Subtelna różnica 20, a 56. Niestety, bilety po piątaku występują, ale trzeba je rezerwować kilkadziesiąt dni wcześniej, a nie tak jak my dwa tygodnie przed. Bilety na samolot już kupione, chęć wybrania się razem w podróż OGROMNA, więc musieliśmy wydać 3 razy większą sumę na transfer z lotniska, niż na samolot Modlin-Bruksela. Jak zorientowałem się później, tanie linie lotnicze zawsze obsługują małe lotniska na obrzeżach miast i w większości transfer z lotniska jest sporo droższy od biletów lotniczych. Zresztą nieważne… bilety mamy, ekscytacja wyjazdem z dnia na dzień rośnie, czas najwyższy ułożyć plan wycieczki!

Zaczęliśmy przeszukiwać internet w poszukiwaniu informacji o Brukseli i obiektach, które warto tam zwiedzić. Znaleźliśmy mnóstwo odpowiedzi, zdjęć, miejsc, zabytków oraz opinii (głównie negatywnych) o naszym celu podróży – niestety wszystko to było chaotycznie, bardzo subiektywnie opisane, co utrudniało nam stworzenie planu dnia. Zdecydowaliśmy się więc zakupić tradycyjny, papierowy przewodnik. Polecam bardzo. Na internecie jest wszystko, ale niestety rzadko można znaleźć tam wyczerpujące i uporządkowane informacje. Cały wieczór spędziliśmy na czytaniu przewodnika i zajadaniu się czekoladą, w końcu udało się ułożyć plan wycieczki. Było w nim dużo punktów, ale wierzyliśmy, że uda nam się wszystko zobaczyć… Do wyjazdu było już parę dni… Czułem, że ten wyjazd wszystko zmieni – w końcu zacznę podróżować, w końcu zacznę SPEŁNIAĆ MARZENIA. Aż po długim oczekiwaniu nadszedł ten dzień….

Wtorek, 4 rano, zimno, ale uśmiechnięty od ucha do ucha. Lecę do Brukseli – z Sarą, będzie super. Ubieram się ciepło, wsiadam w samochód, na przystanek po Sarę i do Modlina. Wszystko poszło dosyć sprawnie, więc na lotnisku byliśmy jakieś 2,5h przed odlotem (zdecydowanie za wcześnie, nie mówiąc już o tym, że przy takich lotach, gdzie pasażer ma już wydrukowaną kartę pokładową obowiązkowy czas przybycia na lotnisko powinien być mniejszy niż 2h przed odlotem – i kolejnym razem raczej tak wcześnie nie będziemy, bo nie ma po co). Po bardzo dokładnej kontroli na bramce usiedliśmy oczekując na nasz lot – niestety 20 min opóźnienia. Nie przejęliśmy się tym ani trochę, nic nam nie zepsuje humoru przez najbliższe 24 godziny, aaa tam! – przez najbliższe 24 lata, a co tam! Trzeba M Y Ś L E Ć P O Z Y T Y W N I E. Zawsze! Niedługo potem wsiedliśmy do samolotu, było dosyć ciasno, ale adekwatnie do ceny biletu – Polaków na pokładzie mało. Lot trwał niecałe dwie godziny. Szczęśliwi, lekko zaspani wylądowaliśmy, a za oknem deszcz…

Deszcz. Mokro. Szaro. Kwestia podejścia jest najważniejsza. Nas ta aura ani trochę nie zniechęciła, mieliśmy dokładnie obrany cel – wspaniała jednodniowa wycieczka, bez względu na wszystko. Lotnisko małe, wszystko wyraźne oznakowane, od wyjścia po prawej stoi nasz autobus. Bilety mieliśmy już wydrukowane, bez stresu wsiedliśmy. Do odjazdu parę minut. Podróż do centrum zajmuje około godzinki. W trakcie jazdy – poziom dróg nie za specjalny, samochody podobne jak u nas – jeżeli nie byłoby francuskich i niderlandzkich nazw można by rzec, że w Polsce wszystko wygląda podobnie. Niby na zachodzie lepiej od nas, ale nie tam, przynajmniej nie na obrzeżach.  W końcu dojechaliśmy. Od razu poszliśmy na metro. Po chwili zakupiliśmy bilety (dosyć drogie, jeżeli przeliczymy na PLN, ponieważ jeden przejazd to 2euro). Czekamy na przyjazd kolejki… i… szok. Kurde, metro gorsze niż u nas. Takie jakieś rozwalone, bez elektryki jak u nas.. Naprawdę wagoniki nie wyglądały za ciekawie, ale… stacje bardzo ładne! Świeżo wyremontowane, każda w inne kolory i wzory,   wyglądało to magicznie!

Następnie udaliśmy się pod monumentalne Atomium, które warto zobaczyć oraz do Mini Europe (Park z miniaturowymi zabytkami i nie tylko, z Europy) – opinie odnośnie tego miejsca były pozytywne, lecz w większości mówiły o świetnym miejscu dla najmłodszych, my mamy po 20 lat, lecz już do tej grupy się nie zaliczamy, więc trochę się obawiałem, że może to nie być miejsce dla nas, ale chciałem zobaczyć co to jest. Bilety po 15 euro, ale w okienku, ku naszemu zdziwieniu można odebrać przewodnik w języku polskim. Weszliśmy przez bramkę. Spory plac i mnóstwo makiet. Pięknych makiet z dopracowanymi najmniejszymi szczegółami. Świetny widok oraz inspiracja do kolejnych podróży. Przechodząc kolejnymi alejkami co chwilę wzdychaliśmy: „Musimy zobaczyć to na żywo, i to! I to! To musi być super w rzeczywistości!” Podsumowując to miejsce, spędziliśmy tu świetne dwie godziny, mnóstwo obiektów zrobiło na nas ogromne wrażenie i zachęciło nas do podróży w te miejsca. Polecam!

Następnie do metra i zaczęliśmy właściwe zwiedzanie, aura nieciekawa, ale widoki bardzo ładne, byliśmy w pięknym Botanique, a nieopodal znajdował się majestatyczny kościół. Niestety dookoła remonty, dziury w chodnikach, przygnębieni ludzie, ogólnie nieciekawie. Wziąłem więc przewodnik z mapą w dłoń i ruszyliśmy dalej, po ok. 20 min spaceru byliśmy już blisko następnego celu. Była to fontanna Anspacha, lecz nie mogliśmy jej nigdzie dojrzeć, natomiast na jej miejscu był f-e-n-o-m-e-n-a-l-n-y Jarmark Bożonarodzeniowy. Jeżeli ktoś chce poczuć magię świąt wszystkimi możliwymi zmysłami – polecam wybrać się na to wydarzenie. Kilkanaście, pięknie oświetlonych, drewnianych budek z belgijskimi różnościami. Ubrania, jedzenie, alkohol, czekoladki, ozdoby – wszystko. Tłoczno, głośno, ale atmosfera tam panująca – nie do opisania! – To trzeba doświadczyć.

Dalej podążyliśmy wąskimi uliczkami na Grand Place – kolejny niezapomniany widok. Akurat trafiliśmy na bożonarodzeniową iluminację świateł na rynku. To, w połączeniu z muzyką dawało niesamowity efekt i wzbudzało w człowieku ogromne emocje, ciarki na ciele, naprawdę pięknie… Mnóstwo ludzi, dużo z nich nagrywało całe wydarzenie. Było bajecznie. Niestety czas nas gonił, robiło się już ciemno, ruszyliśmy więc na dalsze zwiedzanie Brukseli….

Obeszliśmy ją praktycznie całą, zobaczyliśmy mnóstwo ciekawych miejsc i budynków. Nie sposób opisać wszystkich miejsc, które zwiedziliśmy, więc spróbuję podsumować całą Brukselę:
1) Miasto bardzo ładne, lecz z wyjątkami. Pewne dzielnice są w trakcie remontów, wszędzie jakieś barierki, dziury w chodnikach, a co najgorsze brud i śmieci na ulicy. Odnosi się to głównie do dzielnic zamieszkanych głównie przez ludzi nie-białych, którzy ogólnie w tym mieście występują w większości.
2) Jest tu wiele monumentalnych, majestatycznych budynków, głównie pałaców i kościołów, które zapierają dech w piersi. Są to naprawdę gigantyczne zabytki. Szkoda, że obecnie takich się już nie buduje.
3) Symetrycznie przystrzyżone ogrody oraz mnóstwo światełek i iluminacji na budynkach sprawiają, że można tu poczuć się naprawdę wyjątkowo. Bajkowy element pośród smutnych twarzy szarych przechodni. Pięknie.
4) W Brukseli jest sporo turystów, nawet kilka razy słyszeliśmy u przechodniów język polski 😉
5) Bez problemu można ją obejść na piechotę, jedynie Atomium wymaga podjechania metrem.

I tak po kilku godzinach spaceru, gdy zaczął sypać śnieg, zdecydowaliśmy się na powrót na stację kolejową, na której poczekamy na autobus, który jest o 3:30. Koło północy doszliśmy do stacji, niestety za ciepło tam nie było, ale dobrze ubrani i przytuleni przetrwaliśmy do 2… A tu nagle przyszła ochrona obiektu i powiedziała, że zaprasza nas na dwór, bo od 2 do 4 stacja jest zamknięta. „Ale gdzie mamy pój….?” – „You have to leave the station, it is closed from 2 to 4″… Okay, wychodzimy, grupa kilkunastu osób, wszyscy z identyczną miną „Co teraz… jest noc, zimno, wszystko pozamykane”. Niestety, Bruksela, a przynajmniej jej południowa część o 2 w nocy jest martwa. Ani żywej duszy, wszystko pozamykane, od czasu do czasu przejedzie jakiś samochód, ale dzieje się to bardzo sporadycznie. Przetrwaliśmy, dzięki nieustającemu uśmiechowi Sary, który towarzyszył jej przez każdą sekundę tego wyjazdu. To cudowna kobieta. 1,5h w nocy na chłodzie, aż w końcu podjechał autobus. Szczęśliwi, poczuliśmy ogromną ulgę, zmęczeni od razu zasnęliśmy. Przebudziliśmy się koło lotniska. Wszystko poszło sprawnie i za parę godzin wylądowaliśmy w Modlinie, lekko zmęczeni, ale mega szczęśliwi. Świetny, spontaniczny wyjazd. Wsiedliśmy do samochodu, minęło kilka chwil i nasunęło się pytanie… Gdzie na kolejną podróż…?

Dodaj komentarz