Dubaj drugim rzutem oka

Po ostatniej wizycie w Dubaju, będąc już w Polsce nieustannie wspominałam jak było cudownie. Migawki dubajskich budynków przelatywały mi w głowie przypominając grę komputerową. Marina była wymarzonym miejscem, słowo honoru! Zamroczyło mnie bogactwo tamtejszych ludzi, nowoczesne samochody, ogromne apartamenty z nieziemskimi widokami. Z takim też wspomnieniem przyleciałam ponownie do Dubaju wczoraj.

Tym razem skorzystaliśmy z taniej linii lotniczej Wizzair, bo raz, że udało się kupić bilety za śmieszne pieniądze, a dwa, że z Katowic leci się do Dubaju bezpośrednio. Bez męczących przesiadek i międzylądowań.

Wylądowaliśmy na lotnisku DWC, czyli inaczej niż za pierwszym razem, bo wtedy znaleźliśmy się na głównym – DXB, zdecydowanie bliżej centrum miasta. DWC umieszczony jest 30 km od celu.

Lot trwał nieco ponad 5h. Sprawy formalne załatwiliśmy bardzo szybko, kontrolę paszportową przeszliśmy bez zbędnych opóźnień.

Dzień wcześniej umówiliśmy się z naszym hostem Anasem, że po nas wpadnie jak tylko dolecimy. Pierwsza rzecz jaką więc zrobiliśmy była próba włączenia wifi w telefonach, żeby się z nim skontaktować! Jakie rozczarowanie nas spotkało, gdy okazało się, że mimo pełnego zasięgu internetu – nie działał ani trochę! Postanowiliśmy więc znaleźć się intuicyjnie. Udało się.

Z Anasem na plaży :D
Z Anasem na plaży 😀

Powrót do domu był dosyć długi i trochę żmudny. Nie mijaliśmy tych pięknych budynków z moich wspomnień. Jechaliśmy do apartamentu okrężną drogą, a z okien samochodu widać było jedynie roboty budowlane. Marina ginęła gdzieś w dalekim tle.

Dojechaliśmy do dzielnicy Dubai Sports City, tutaj mieszka nasz host! Może to nie centrum miasta, ale za to jaki przyjemny spokój nas spotkał. Wszędzie cisza. Uderzyło nas to dlatego, że zapamiętaliśmy sobie, że w Dubaju jest mnóstwo ludzi na mieście o każdej porze, a ulice zapchane są samochodami na pięciu pasach! Serio, korki non stop… a tu inaczej.

Widok z okien apartamentu już nie taki powalający. Mieszkanie też raczej zwykłe. Mimo to trzeba przyznać, że trafiliśmy na super hosta. Anas jest otwarty, taki easy-going 😀 zdecydowanie można z nim pogadać na każdy temat. Od wczoraj śmialiśmy się razem już ze sto razy. Dlatego polecam couchsurfing! Spotyka się niesamowitych ludzi.

A teraz do rzeczy. Jak tylko wstaliśmy, pojechaliśmy na plażę. Zamiar był taki, że pojedziemy na tą, która znajduje się jak najbliżej Burj Al Arab. Niestety nie było gdzie zaparkować 😮 samochód na samochodzie. Zdecydowaliśmy, że plaża 3 km dalej też będzie Ok. Najwyżej zrobimy zdjęcia słynnego hotelu innym razem. 30 stopni temperatury i cieplutka woda sprawiają, że człowiekowi chce się żyć 😀 cudowna odmiana po deszczowej Polsce!

Dubaj

Po jakimś czasie stwierdziliśmy, że w sumie to możemy pójść na piechotę pod Burj Al Arab i tak też zrobiliśmy. Jak można było przewidzieć była too crowded. Piasek pod nogami był jakiś żwirowaty, a hotel było kiepsko widać, bo było tak gorąco, że wyglądał jak za mgłą 😀 Szczęśliwi, że chociaż spróbowaliśmy – wróciliśmy na swoją LEPSZĄ plażę, z przyjemnym dla stop piaskiem haha.

Po cudownej kąpieli postanowiliśmy pojechać do Deiry na zakupy. Pamiętaliśmy, że jest tam znacznie taniej niż w Marinie. Niestety zapomnieliśmy na jakiej stacji znajduje się Carrefour i ładnych kilka godzin błądziliśmy… 3 razy wsiedliśmy źle 😀 ale w końcu dotarliśmy! I to się liczy. A teraz przysięgam, że nigdy w swoim 22-letnim życiu nie widziałam naraz w jednym miejscu tylu ludzi! Nawet na koncercie Twenty One Pilots, gdzie Torwar był zapełniony po brzegi było ich mniej 😀 Najgorsze, że jak weszliśmy do Carrefoura to było ich tyle samo. Nie dałam rady przejść metra bez wpadnięcia na kogoś… w każdym razie ciekawe doświadczenie.

Tak apropos ludzi: Dubaj mi się kojarzył z wysoką kulturą osobistą. Jak się wsiada do metra to wszyscy stoją w kolejce po bokach drzwi wejściowych. Natomiast ci co z niego wychodzą, robią to środkiem. Wszystko jest więc uporządkowane. Mężczyźni ustępują bez dwóch zdań miejsca kobietom, a specjalna strefa dla nich i dzieci zapewnia porządek. Dzisiaj przy stacji Deira City Center mocno się rozczarowałam. Drzwi od metra ledwo się otworzyły i nagle naparła na nas grupa facetów nie czekających na to aż ktoś wysiądzie! Dostałam łokciem z pięć razy…   Jednak fakt, że to była Deira powinien wszystko tłumaczyć. W tej dzielnicy mieszkają w zasadzie sami prości ludzi, pracownicy oraz budowlańcy, robiący na tych, którzy mieszkają w Marinie. Nie stworzyli tego miasta z jego zasadami, dlatego nie przestrzegają ich tak rygorystycznie jak byśmy chcieli. Właśnie od tej strony poznaliśmy Dubaj tym razem.

Dodaj komentarz