Manila – czyli jak przywitaliśmy raj?

W głowie błękitne wody, biały piasek, szum fal… Na lotnisku wylądowaliśmy z myślą, że niedługo znajdziemy się na rajskiej plaży. Nic tak nie trzymało nas przy siłach jak ta myśl. Gdy tylko wystawiliśmy nosy za drzwi lotniska – od razu się zmarszczyły. Z niedowierzania.

Manila przywitała nas okropnym zaduchem i deszczem. Podniosłam głowę do góry i pocieszyłam się w duchu, że przecież to tylko mżawka, później będzie cudownie.

Dzięki naszemu hostowi udało się załatwić coś w rodzaju Ubera – prosto do jego domu. 11 km. Nic wielkiego. 15 minut i będziemy w domku.

Wsiedliśmy do czarnego samochodu i ruszyliśmy podbijać świat! Podbijanie zajęło jednak więcej niż 15 minut. Droga do mieszkania Jaya ciągnęła się w nieskończoność. Co kilka minut opadały mi powieki i walczyłam, by z powrotem otworzyć oczy. Nic z tego. Obudziłam się gdy minęło 1,5h. Tak późno, bo tyle zajął nam dojazd do hosta.

Manila to przede wszystkim korki, trąbienie co pięć sekund przez wszystkich na wszystkich, to także zatłoczone miasto i bieda. Widoki jakie mieliśmy okazję zobaczyć z szyb samochodu to głównie slumsy. Ludzie chodzili między samochodami wpychając kierowcom byle jakie produkty, co mieli pod ręką. Mieszkania, jeśli w ogóle można to tak nazwać to liche konstrukcje z bambusa, kartonów i  resztek materiałów. Dookoła natomiast czuć słodki nieprzyjemny odór. Nic dziwnego. Śmieci są jakby przylepione do tego miasta.

Na szczęście okazało się, że Jay mieszka w bardzo ładnym, kulturalnym budynku. Stał on po środku tych wszystkich slumsów, mimo to widok z tarasu widokowego był całkiem przyjemny.

Stolica Filipin to z pewnością jedno z najokropniejszych miejsc na świecie, jakie miałam okazję do tej pory zobaczyć. Szczerze ciężko mi wyobrazić sobie nawet, że może być jeszcze gorzej.

Wpadliśmy w małą depresję. Nie tak mieliśmy przecież rozpocząć podróż. Gdzie te wszystkie obrazki i fotki z google? Gdzie palmy, kokosy, piękna, czysta plaża? Wiedzieliśmy, że to gdzieś na nas czeka, ale na pewno nie w Manili.

W ułamku sekundy zakupiliśmy bilety na Palawan i ruszyliśmy do Puerto Princesy.

Dodaj komentarz